Hamowanie z saltem w najzwyklejszy warszawski wtorkowy poranek skończyło się zwichnięcem barku. Trzy miesiące wyjęte ze wspinu. Koniec letnich planów.
Dziesięć dni w domu z ręką w temblaku ryło psychę. Pocieszał szybki, przynajmniej pozornie, powrót do zdrowia. Ruchomość wracała z dnia na dzień.
Piątek 21maja był pierwszym dniem optymizmu i zarazem dniem kulminacji fali powodziowej. Odkurzyłem rowerek i spokojnie potoczyłem się z foto-plecakiem na Most Siekierkowski.
Zbiegiem okoliczności spotkałem Andrzeja, szykującego się do spłynięcia przez miasto przy rekordowym stanie. Wahałem się czy w związku z kontuzją przyjać zaproszenie - drugi kajak czekał, wystarczyło zadzwonić.
Wartki nurt niósł sam.





Wszystkie teksty zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania i rozpowszechniania bez pisemnej zgody
Copyright © HiMountain