Fikołki na Świnicy (Zamarła Turnia, 12-13 listopada 2011)
Tatry widuję ostatnio głównie z powietrza. I to niestety nie wisząc na sznurkach pod skrzydłem paralotni, o czym po cichu marzę. Z dziesięciu tysięcy metrów nasze góry gór wyglądają jakby spojrzeć na mapę konturową z zaznaczonymi graniami, albo taki plastikowy odlew co to można kupić na Krupówkach. Te porównania może nie budzą powszechnie najlepszych skojarzeń, ale w mojej pamięci najwyraźniej otwierają miłe wspomnienia. W każdym razie widok nieprzeciętny. A co wzbudziło moje największe zainteresowanie, widok kompletnie pozbawiony śniegu.

Zmobilizowanie się do wyjazdu na weekend nie wymagało więc wiele dodatkowej motywacji. Wystarczyła chęć Marcina by towarzyszyć w kolejnym dla niego późnojesiennym wyjeździe i odrobinę samozaparcia by posiedzieć przy kierownicy kilka godzin. Choć to zaczyna i w Polsce być powoli przyjemnością. Początkowe pomysły pojechania w słowacką część dość szybko porzuciliśmy wychodząc z założenia, że weekendowa logistyka i informacja o zamknięciu kolejki na Łomnicę nie pozwolą wykorzystać właściwie dwóch krótkich dni. Z tym też założeniem stanęliśmy w sobotę rano w Kuźnicach w kolejce do kolejki na Kasprowy. Oczywiście by zaoszczędzić czasu na podejściu. Stanęliśmy i staliśmy… Po około dwóch godzinach zaczęliśmy się zbliżać do schodów (kto raz tam był wie o co chodzi..). W tym to miejscu nastąpiło znaczące zagęszczenie i ogólny zamęt powodował, że w kolejce pojawiali się ludzie, których wcześniej tam nie było… ku oczywiście ogólnemu oburzeniu wszystkich czekających. Nie wchodząc w szczegóły i cytaty wypowiedzi poczuliśmy się jak w jakimś perfidnym eksperymencie akademickich socjologów i opuściliśmy kolejkę zmierzając w stronę szlaku, Pewnie o dwie godziny za późno. Jak to było?? – lenistwo nie popłaca? Nie mam pojęcia ile zajęło nam podejście. Grunt, że na szczycie wczesnym popołudniem spotkaliśmy wychodzących właśnie ze stacji ludzi, z którymi wcześniej dzieliliśmy niedolę czekania w kolejce. Jakby było to do przewidzenia.
Do zachodu słońca zdołaliśmy dojść na szczyt Świnicy, a stamtąd, już o zmroku w dół w okolicę Zawratu. Pamiętam dobrze klatkę z pamięci – ‘widok rozwiązanego sznurowadła’ i myśl towarzyszącą temu widokowi – ‘pewnie dobrze byłoby zawiązać, bo się zaraz wywalę. W kolejnym momencie nogi mi się zaplątały i znalazłem się w powietrzu. Następna myśl była związana ze zbliżającą się ziemią i wystającymi kamieniami. Mam wrażenie, ze w tym ułamku sekundy próbowałem nawet rozważyć różne scenariusze wydarzeń.. na przykład upewniłem się, że przede mną nie ma przepaści, więc jest jeszcze co ratować. Ostatecznie wykonałem –jak relacjonuje Marcin - w powietrzu fikołek i wylądowałem kilka metrów niżej nieco potłuczony. Tego typu przygód na tym wyjeździe nie brakowało. Kolejnego dnia po całodniowym wspinaniu na Zamarłej Turni, schodząc do dol. Gąsienicowej, skręciłem kostkę, po czym kilkakrotnie ją dokręciłem. Efekt był przewidywalny – póki wszystko było rozgrzane, dało się iść, ale po kilku godzinach przy kierownicy wracając do Warszawy okazało się, że nie za bardzo mogę wysiąść z samochodu. Tak to jest jak myślami jest się gdzie indziej. A jak to mawiał mój betlejemkowy instruktor.. zginąć na ścieżce też można, ale żadna to chwała i honor.
W każdym razie pogoda w tatrach piękna, śniegu praktycznie nie ma, południowe ściany rozgrzane w słońcu. Wspinanie jak w sierpniu. A nawet nie raz zdarzyło mi się w sierpniu znacząco bardziej zmarznąć. Polecam… zbliżający się weekend może będzie jeszcze ładny.
Za kilka dni postaram się dołączyc kilka zdjęć.
Wszystkie teksty zamieszczone na stronie podlegają ochronie. Zabrania się ich kopiowania, przetwarzania i rozpowszechniania bez pisemnej zgody
Copyright © HiMountain